Wilcze Kąty

Książka opisuje tajemnice związane z przenoszeniem stolicy Europy. Definitywnie rozstrzyga, który bóg jest prawdziwy. Podpowiada jakimi sposobami odnaleźć dawne miłości oraz zdobyć nowe. Udowadnia, że o losach ludzkości decydują notesy. Wyjaśnia, kto i czym zbudował nad Wisłą kapitalizm, a także radzi, jak prowadzić wielką politykę. Identyfikując ofiary kółek różańcowych, gromi ateistki i ateistów wielu płci. Przedstawia zdumiewające wydarzenia dziejące się w Polsce oraz w innych egzotycznych krajach. Ta powieść nie poucza jak żyć, zalecając jednocześnie, by żyć pełnią życia.

 

 

 

 

 

 

Autor: Adam Molenda

Stron: 703

Cena: 38,00 zł


Fragment książki

W tym samym czasie we wsi węszyli obcy.
– Ale się po górach czort tłucze! – powiedział szczupły mężczyzna w szarej marynarce do krępego, odzianego w granatową. Nasłuchując łoskotu padających stodół, stali, kopcąc papierosy, obok samochodu parkującego na poboczu niedaleko Cisowych Młynów. Wyglądali tak samo, jak wszyscy policyjni detektywi w cywilu na całej kuli ziemskiej. Jeden pochodził z Pomorza, drugi z Wielkopolski, pracowali na Górnym Śląsku i żaden z nich nigdy nie był w zapadłej górskiej wiosce.
– Że też Angol akurat tu musiał przepaść! – zżymał się grubszy. – Tutejsi wyglądają na takich, którzy co tydzień zakopują pod chojakiem jakiegoś obcokrajowca…
– Kiedy z nimi gadam, wydaje mi się, że zaraz spadnie na nas jakiś głaz, że ktoś rzuci ciupagą, że któryś przebije opony auta albo poszczuje nas psami.
– W mieście ludzi szuka się łatwiej… A tu? Jeśli ktoś zatłukł reżysera albo on sam zachlał się na śmierć, może leżeć w krzakach i sto lat… – narzekał krępy.
– Dobrze byłoby trupa znaleźć… – przytaknął z zawodową znieczulicą chudszy.

Kobieta zachowywała się powściągliwie. Była niczym uosobienie cnoty i tylko chwilami, gdy jej wzrok padał na męża, w źrenicach dostrzec można było miłość i oddanie. Unikając podkreślania kobiecości, włosy upięła przy pomocy czarnej spinki, tego samego koloru spódnica sięgała prawie podłogi, bluzka z grubego materiału nie pozwalała spostrzec choćby faktury stanika. Żadnych kolczyków, broszek, naszyjników, pierścionków… Niespecjalnie ładna, uśmiech miała piękny, emanujący radością życia. Andrzejowi, niechybnie dlatego, że była żoną kapłana, wydała się najbardziej godną pozazdroszczenia kobietą świata.
Zapragnął widzieć ją przy własnym boku jako małżonkę, co było irracjonalne, gdyż jako ksiądz katolicki nie mógł być żonaty, ona zaś miała już męża. Wpijał w nią oczy, widząc w pastorowej, bez żadnego uzasadnienia, demona lubieżności.

Zapytaj o szczegóły: